
Broń jako forma reparacji – konstruktywny pomysł, dbanie o niemieckie interesy, czy paternalizm?
dr Agnieszka Łada-Konefał
Niemiecki dyplomata, Wolfgang Ischinger, wysuwając propozycję, aby Niemcy podarowały Polsce sprzęt wojskowy w ramach oczekiwanych reparacji, kierował się zapewne dobrą wolą, ale wszedł w typowe wzorce relacji polsko-niemieckich. Jego słowa wskazują, jak łatwo uproszczone łączenie debat o zadośćuczynieniu i wojskowości może wywołać kolejne polsko-niemieckie nieporozumienia.
W wywiadzie opublikowanym w dzienniku „Die Welt” Wolfgang Ischinger, doświadczony niemiecki dyplomata i przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, zaproponował:
„Polska jest państwem frontowym. Z polskiego punktu widzenia pozostaje nierozwiązana kwestia reparacji wojennych, która wciąż budzi emocje. A może Niemcy, uznając rolę Polski jako państwa frontowego, podarowałyby Warszawie okręt podwodny, fregatę lub kilka czołgów bojowych? Ich zdolności obronne chronią również nas. Obecnie przeznaczamy duże środki na obronność – niewielka część z nich trafia do Polski.“
W polskich mediach, streszczających tę wypowiedź, i pojedynczych niemieckich odniesieniach, przebiło się głównie jedno zdanie – to o podarowaniu Polsce łodzi podwodnej, fregaty czy czołgu w ramach reparacji. To oczywiście kluczowe i najbardziej emocjonujące słowa, ciekawe szczególnie, uwzględniając sam kontekst wypowiedzi i osadzenie jej w realiach polsko-niemieckiej komunikacji.
Po pierwsze bowiem, były dyplomata wysunął tę ideę w nawiązaniu do zaobserwowanych polskich (i innych) obaw o wzmacnianie niemieckiej armii. Mówił akapit wyżej: „W rozmowach z partnerami w Paryżu, a także w Polsce, odczuwam, że czasami powracają stare obawy – obawy przed dominacją Niemiec. Musimy zatem postępować z wyczuciem.“ Konstatacja ta tylko z jednej strony wydaje się słuszna. Faktycznie bowiem, pojawiają się głosy, sugerujące, że niemieckie zbrojenia mogą być niepokojące czy nawet niebezpieczne dla Polski. Są to jednak głosy głównie z jednej, prawej strony polskiej sceny politycznej, ferowane pod tę publikę, która chętnie karmi się antyniemieckimi insynuacjami. Jak wskazuje Barometr Polska-Niemcy 2025 połowa Polaków uważa, że silna niemiecka Bundeswehra wzmocni bezpieczeństwo Polski, a o połowę mniej badanych ze względów historycznych wykazuje obawy. Dyskusje w Polsce wskazują natomiast nieraz, że Polacy wątpią w niemieckie wsparcie, gdyby sytuacja wymagała realnej pomocy militarnej dla Polski. I to są niepokoje zdecydowanie bardziej uzasadnione, które warto podnosić i je minimalizować poprzez konkretne niemieckie czyny.
Po drugie, Ischinger w swojej wypowiedzi nie tyle zgłosił swój własny postulat, co powołał się na pomysły Janusza Reitera, byłego ambasadora Polski w Niemczech i Stanach Zjednoczonych, który miał mu zaprezentować powyższe rozwiązanie. Takie zasięgnięcie rady Polaka generalnie można oceniać jako słuszne. Zbyt często zarzuca się bowiem – nie bez racji – Niemcom, że ferują pomysły, które oni sami uważają za słuszne, bez uwzględnienia głosów z samej Polski. Czy jednak taka forma reparacji i łączenie tych dwóch kwestii jest słuszna, można, analizując polską debatę wokół obu tematów, mieć co najmniej wątpliwości – o czym poniżej.
Po trzecie, Ischinger kontynuował: „Ważne będzie wyjaśnienie partnerom, że nie inwestujemy po to, aby odzyskać dominującą rolę, ale aby zapewnić Europie zdolność do obrony. Należy to zresztą zawsze podkreślać, gdy nasz rząd mówi, że Bundeswehrę należy przekształcić w najsilniejszą armię konwencjonalną w Europie. Nie jest to cel sam w sobie, ale wkład w obronę wszystkich na tym kontynencie.“ Nawoływanie sojuszników do wzmacniania możliwości obronnych Europy od lat bardzo mocno wybrzmiewa właśnie z Polski. Taki kontekst wypowiedzi mógłby więc w Polsce zostać przyjęty za dobrą monetę. Jednak sam Ischinger w przywołanym na samym początku cytacie przyznał, że wzmocniona obrona Polski to także bezpieczeństwo Niemiec – wprost więc wskazał, że nie o czysto moralny gest „reparacji” czy wsparcie bezpieczeństwa europejskiego tu chodzi, lecz o interes samych Niemiec.
Słowa Ischingera, jak zwykle bywa w relacjach polsko-niemieckich, natychmiast zacytowały polskie media, streszczając głównie jego tezy (jak, o tym poniżej). Merytorycznie zareagował natomiast ten sam niemiecki dziennik, w którym padły powyższe zdania. Korespondent „Die Welt” w Polsce, Philipp Fritz, napisał bardzo krytyczny wobec wypowiedzi Ischingera tekst, o jasno brzmiącym tytule: „Sorry, ale Polska, kraj przeżywający boom gospodarczy, nie potrzebuje niemieckiej broni”. W innym materiale, opublikowanym razem z redakcyjnym kolegą Thorsten Jungholtz, cytował z kolei niemieckich polityków, krytycznie wypowiadających się o pomyśle szefa monachijskiej konferencji. I to te dwa teksty potem podchwyciły nieliczne niemieckie portale.
Wypowiedź Ischingera jest w relacjach, a szczególnie komunikacji polsko-niemieckiej interesująca z kilku powodów. Oddaje bowiem jej wiele cech, przede wszystkim: pomija pewne fakty, do innych odnosi się pośrednio i jednostronnie oraz utrwala typowy schemat traktowania Polski przez Niemców.
Nieco faktów i chronologii
Po pierwsze, faktem jest, że polska armia w ubiegłych dziesięcioleciach kupowała z Bundeswehry czołgi (na zasadzie zakupu używanych jednostek w latach 2002-2013) czy samoloty typu MIG jeszcze z zasobów armii NRD (w 2003 roku, kilkanaście sztuk za symboliczne euro za samolot, modernizację przeprowadziła już sama Polska), które wówczas pomogły wzmocnić jej możliwości obronne. W kontekście całych relacji polsko-niemieckich można ówczesne lata określić fazą nadal wysokiej asymetrii we wzajemnych stosunkach. Tego typu gesty – choć pamiętajmy, że nie będące czystą darowizną, umacniały Niemcy w ich paternalistycznym podejściu do „obdarowywanego”. Obiektywnie należy jednak pamiętać, że choć było to niezaprzeczalne wsparcie polskiego wojska, odsprzedawanie, nawet za symboliczne euro, sąsiadom przestarzałego, niepotrzebnego już sprzętu nie można uznać za gest wyjątkowej hojności.
Po drugie, stan polskiego wojska sprzed lat a obecne jego potrzeby i ambicje to dwa światy. To właśnie realny rozwój polskiej armii (i ogólnie – Polski) jest główną osią polemiki Philippa Fritza z propozycją Ischingera. Dziennikarz wylicza, jakie uzbrojenie już posiada lub już zamówiła Polska i jak nowoczesny to sprzęt. Dodatkowo w obliczu kupowania produktów z krajów typu USA, Szwecja czy Korea Południowa jakikolwiek używany prezent z Niemiec nie wpisuje się w potrzeby polskiej armii, bo jedynie rozdrobniłby źródła pochodzenia uzbrojenia, co jest logistycznie niepraktyczne. Jeden z polskich tekstów analizujący pod względem stanu posiadania obu armii propozycje Ischingera, punktuje też, że Bundeswehra nie ma w swoich zasobach sprzętu szczególnie interesującego dla Polski. To, co posiada, to nowoczesna technologia, ale tą żadne państwo, zwłaszcza zaś jego sektor zbrojeniowy, nie lubi się dzielić. Fritz z ironią konkluduje swoją wyliczankę polskiego uzbrojenia: „Kto to widzi, musi raczej pragnąć, aby Polska podarowała Niemcom broń.“
Jednocześnie, po trzecie, polski obecny rząd owszem apeluje do sojuszników w NATO i Unii Europejskiej o wsparcie i wspólne działania na rzecz podniesienia bezpieczeństwa regionu wobec realnego niebezpieczeństwa ze strony Rosji. Posiadane w zasobach Bundeswehry rakiety Patriot wraz z niemieckim personelem jeszcze niedawno stacjonowały przy polskiej granicy wschodniej w ramach pełnienia służby w NATO i realnie przyczyniały się do chronienia polskiej przestrzeni powietrznej. Tego typu działania są mile widziane.
Krytyczna ocena propozycji
Stąd propozycja autorstwa, jak wspomniał Ischinger, Janusza Reitera, czy innych polskich ekspertów, aby częścią gestu, mającego wykazać niemiecką wolę przynajmniej częściowego zadośćuczynienia za straty wojenne, były inwestycje w polską armię. I tu jednak należy odróżnić, o jakim wsparciu mówimy – o podarowaniu, jak to sformułował szef konferencji monachijskiej, czołgu czy fregaty, czy o współpracy i inwestycjach na większą skalę.
Niezależnie od tego rozróżnienia pomysł ten nie spotkał się z poparciem ze strony obecnego polskiego rządu (o czym też pisze Fritz w swojej polemice). Krążył on jako możliwe rozwiązanie wrażliwej kwestii reparacji podczas konsultacji międzyrządowych w lecie 2024 roku, ale nie został ogłoszony jako część opracowanej w ich wyniku wspólnej agendy. Donald Tusk obawia się bowiem, że opozycja i znaczna część polskiego społeczeństwa uznałaby to za zbyt znikomy gest wobec skali wojennych zniszczeń. Gest ten, jak sam Ischinger przyznał, byłby jednocześnie z korzyścią dla samych Niemiec, co podważałoby jego moralną stronę i bezinteresowność. I tu dochodzimy do jednego z centralnych punktów relacji polsko-niemieckich – Polacy w niemieckich propozycjach często dopatrują się nie tyle moralnych czy partnerskich pobudek, o których zapewniają ich zachodni sąsiedzi, co czysto narodowego niemieckiego interesu. Ten przyświeca naturalnie każdemu państwu, ale gdy ktoś z Niemiec przedstawia go Polakom jako wyraz rzekomo szlachetnych motywacji, to może kłuć to w oczy. Stąd Piotr Buras, który przed wspomnianymi konsultacjami w 2024 wychodził z propozycją łączenia tematu zadośćuczynienia ze współpracą wojskową (jako jednym z filarów, obok wypłat dla ofiar nazistowskiego reżimu) i dziś, cytowany przez „Die Welt” podkreśla, że w tym kontekście nie może być mowy o „obdarowywaniu”.
Nie tego oczekiwał też od strony niemieckiej polski prezydent, Karol NawroStąd Piotr Buras, który przed wspomnianymi konsultacjami w 2024 wychodził z propozycją łączenia tematu zadośćuczynienia ze współpracą wojskową (jako jednym z filarów, obok wypłat dla ofiar nazistowskiego reżimu) i dziś, cytowany przez „Die Welt” podkreśla, że w tym kontekście nie może być mowy o „obdarowywaniu”.cki, kiedy podjął temat podczas swojej pierwszej wizyty w Berlinie we wrześniu 2025 roku. Zaproponował, że Niemcy mogłyby zacząć spłacać reparacje, budując potencjał polskiego przemysłu zbrojeniowego i wzmacniając wschodnią flankę NATO. Polski prezydent sformułował to jako finansowanie polskiego przemysłu zbrojeniowego i zdolności wojskowych, przyznając jednak że pomysł wymaga dopiero dopracowania.
Do tej listy krążących w przestrzeni publicznej nie do końca sprecyzowanych propozycji należy też dorzucić wcześniejszy pomysł Ischingera. Po atakach rosyjskich dronów na Polskę sugerował niemiecką pomoc dla polskiego uzbrojenia. Miałoby to wesprzeć Polskę, która z tych pieniędzy kupiłaby z kolei, tak rozwijał myśl dyplomata, broń i amunicję zwłaszcza od niemieckich producentów. „Oprócz widocznego wzmocnienia wschodniej flanki NATO, moglibyśmy w ten sposób poprawić stosunki polsko-niemieckie i być może nieco osłabić polskie żądania reparacji wojennych.”. W polskich wrażliwych uszach od razu wybrzmiał jasny cel tego manewru – zorganizowanie dodatkowych kupców dla niemieckiego przemysłu zbrojeniowego, a przy okazji „pozbycie się” problemu reparacji. Dwie kwestie, które nie tylko polska prawica ocenia jako krytyczne.
Wróćmy jednak jeszcze do ostatniego hasła Ischingera – broń jako forma reparacji. W Niemczech pytani eksperci nie wykazują obecnie entuzjazmu dla pomysłu obdarowania Polski sprzętem. „Die Welt” przywołuje niemieckiego eksperta Carlo Masala, który określa pomysł jako „dziwny”, argumentując swoje zdanie skalą rozwoju polskiej armii, która takich podarków nie potrzebuje. Sam, nie będąc przecież ekspertem od relacji polsko-niemieckich, uznaje słowa Ischingera za „paternalistyczne”. Cytowani niemieccy politycy zajmujący się obronnością (Marie-Agnes Strack-Zimmermann z FDP, przewdnicząca komisji obrony w Parlamencie Europejskim, Thomas Erndl z CSU, ekspert ds.obrony w Bundestagu, ekspert ds. polityki zagranicznej frakcji SPD, Adis Ahmetović czy wiceszefowa frakcji Zielonych, Agnieszka Brugger) z kolei zwracają uwagę przede wszystkim na konieczność partnerskiej współpracy, budującej zaufanie, zamiast takich symbolicznych prezentów. Przyznają też, że zapewne nie tyle sama liczebność niemieckiego wojska może budzić obawy, co niepewność, na ile na Niemców, w chwili rzeczywistej próby, naprawdę można liczyć. Głosy te, podkreślmy to jednak wyraźnie, zebrał i opublikował w swoim tekście dziennik „Die Welt”, a pojedyncze mało znane niemieckie portale jedynie je oddały. Temat nie stał się więc w żadnym wypadku rzeczywistą polsko-niemiecką debatą.
Polskie reakcje wydawać by się mogły liczniejsze, a przez to bardziej przypominać debatę czy szerszą reakcję. I tu jednak nie należy przeceniać pola rażenia. Owszem informacja o słowach Ischingera pojawiła się na poczytnych polskich portalach informacyjnych, a więc niewątpliwie dotarła do wielu odbiorców. Co dla polsko-niemieckich debat symptomatyczne, polskie portale cytowały niemieckie artykuły, opierając się na streszczeniach, przygotowywanych przez polskojęzyczną redakcję Deutsche Welle lub PAP, niejednokrotnie je skracając i/lub ozdabiając swoim własnym, mocno zemocjonalizowanym tytułem. I tak jeden z portali tytułuje: „Zaskakująca propozycja niemieckiego dyplomaty”, dodając w kolejnych linijkach: „przedstawił śmiałą wizję poprawy relacji na linii Berlin-Warszawa”, a inny: „Broń dla Polski zamiast reparacji. W Niemczech słychać pomruki sprzeciwu.” Na stronie czytamy zaś „Osobliwy pomysł niemieckiego dyplomaty”. Jednocześnie – to warto podkreślić – wszystkie te wzmianki skupiają się na treści jednego wywiadu, udzielonego przez eksperta, ale nie reprezentującego w żadnej mierze niemieckiego rządu, a skomentowanego – co też należy przyznać, w sposób merytoryczny i wyczerpujący – przez jedną niemiecką gazetę. Tytuły polskich portali sugerują zaś szeroką niemiecką debatę – ponownie – jak często w przypadkach odnoszenia się przez polskie portale do pojedynczych wypowiedzi kogoś z Niemiec.
A jednak ważne
Dlaczego więc słowa Wolfganga Ischingera są warte uwagi? Bo nawet jeśli nie skomentowane w szerszych tekstach, to padły z ust bardzo opiniotwórczego eksperta, którego słowa docierają do szerokich kręgów niemieckiego świata politycznego, a oddają i utrwalają sposób myślenia o Polsce wielu z nich. Znów można odwołać się do Fritza, który sam pomysł określa mianem „z pewnością dobrze zamierzonego”, ale w praktyce kompletnie chybionego – podobnie jak nie jedna idea czy zdanie padające z ust Niemca, nie znającego polskich reali, ani polsko-niemieckich debat. „Mimo to wielu Polaków nadal ma wrażenie, że Berlin nie chce traktować Warszawy jak równego partnera. Paternalistyczne wypowiedzi, takie jak ta Ischingera, tylko to potęgują.”
Wypowiedź jednocześnie pokazuje, jak delikatną sprawą jest łączenie debaty na temat polskich oczekiwań dotyczących zadośćuczynienia z debatą o wsparciu bezpieczeństwa Polski. Bardzo łatwo bowiem spłycić obie kwestie, używając nieścisłych, uproszczonych czy przekręconych sformułowań i przez to jedynie generować szum komunikacyjny i kolejne polsko-niemieckie nieporozumienia. W pułapkę wpaść mogą zarówno eksperci od bezpieczeństwa, nie znający się na stosunkach pomiędzy obydwoma krajami i ich skali rozwoju, jak i osoby zajmujące się tymi relacjami, nie orientujące się zaś w kwestiach polityki obronnej i wojskowości. Bo też faktycznie diabeł tkwi w szczegółach – wspomniane przez Nawrockiego finansowanie polskiego przemysłu obronnego, to co innego niż przekazywanie Polsce, idąc za Ischingerem, bliżej nieokreślonych pojedynczych jednostek sprzętu wojskowego czy udzielanie jej pomocy finansowej, aby mogła kupować w Niemczech. Jeszcze czym innym jest pogłębianie współpracy wojskowej i zaangażowanie na rzecz wzmacniania wschodniej flanki NATO – te ostatnie w sposób oczywisty są w interesie i Polski i Niemiec przede wszystkim w ramach istniejących sojuszy. Wreszcie, patrząc odwrotnie, każdy gest niemiecki zaliczany do “pakietu” zadośćuczynienia będzie rodził w Polsce wątpliwości na temat jego skali, zapewne różne w zależności od poglądów politycznych. W każdym wypadku w komunikacji po obu stronach konieczna jest więc nadzwyczajna wrażliwość.
dr Agnieszka Łada-Konefał – wicedyrektor Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich (Deutsches Polen-Institut) w Darmstadt, do 2019 roku dyrektor Programu Europejskiego Instytutu Spraw Publicznych w Warszawie. Autorka cyklu badań o wzajemnym postrzeganiu się Polaków i Niemców: Barometr Polska-Niemcy oraz licznych publikacji z obszaru relacji polsko-niemieckich.
Tekst powstał w ramach projektu , realizowanego przez Niemiecki Instytut Spraw Polskich w Darmstadt (DPI), Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego w Wojnowicach (KEW) oraz Technische Universität Chemnitz (TU Chemnitz) i wspieranego przez Polsko-Niemiecką Fundację na rzecz Nauki (PNFN).


