O wschodnich problemach Polski (uwagi propedeutyczne)

 

I

Nie widzimy racji w bronieniu niepodzielności kolosa rosyjskiego. Wszystkie motywy wysuwane na rzecz jednolitości Rosji są płytkie, bądź tchną rusofilizmem. „Żółte niebezpieczeństwo”, wysuwane niekiedy jako argument na rzecz wielkiej Rosji, broniącej Europy i Polski przed „żółtymi”, nie jest realne wskutek niebywałego skłócenia się narodów rasy żółtej. Ludy Indii nie toczą ze sobą nieustannych wojen na skutek porządkującego wpływu Anglii. Wojna japońsko-chińska jest wyrazem głębokiego historycznego konfliktu dwóch największych narodów Orientu. W 1895 r. Japonia toczyła zwycięską wojnę z Chinami, w 1900 r.  brała udział w międzynarodowej wyprawie przeciwko bokserom, dzieląc się z państwami Europy i Rosją zdobytą na Chinach kontrybucją. W 1905 r. Japonia nieoficjalnie zwiększyła swój stan posiadania w Chinach. W 1910 r.  podbijając 22-milionową Koreę, zagroziła wybitnie Chinom przez usadowienie się na lądzie. Podbijając w 1930 r. Mandżurię, Japonia w pierwszym rzędzie pomniejszyła Chiny, gdyż ponad 90% ludności Mandżurii stanowią Chińczycy. Wojna o Szanghaj oraz krwawe walki japońsko-chińskie, toczące się obecnie, świadczą ponad wszelką wątpliwość, iż stosunki pomiędzy tymi narodami układają się jak najdalej od „ideału solidarności rasowej”. Nie potrzeba rozwodzić się o nienawiści mongoło-chińskiej, posiadającej mniejsze znaczenie, lub zatrzymywać się nad prehistorycznymi źródłami konfliktu Iranu z Turanem, lub świeższej daty niechęcią pomiędzy światem arabskim a tureckim.

Legendzie „żółtego niebezpieczeństwa”, stworzonej przez Wilhelma II i podchwyconej przez Petersburg, w celu stworzenia bazy ideologicznej dla ugodowców polskich, największy kłam zadaje rosyjski chinofilizm. Już sławny chemik i zarazem głęboki myśliciel, Dymitr Mendelejew, w każdej ze swych książek poświęconych problemom rosyjskim pisał o konieczności nawiązania najserdeczniejszych stosunków z Chinami. W swych „Zawietnych myślach”, pisze: „Jest pożądanym, aby Rosja znowu zawarła jak najściślejszy sojusz polityczny, celny i wszelki inny z Chinami, gdyż jest to kraj wyraźnie budzący się, posiadający obok 430 mln ludności wszystkie dane, podobnie jak Rosja, aby stać się najpotężniejszym państwem świata… W sojuszu z Francją i Chinami Rosja może ze spokojem oczekiwać nadchodzących wydarzeń XX stulecia”[1]. Sowiety z ogromnym rozmachem kontynuują tę politykę.

Niemniej nierealny jest postulat slawofilstwa, wysuwany na rzecz wielkiej i niepodzielnej Rosji. Primo, Rosjanie są w małym stopniu rasowymi Słowianami, gdyż są mieszańcami szczepów fino-turańskich z nieznaczną domieszką elementu słowiańskiego, który narzucił tym szczepom język słowiański. Franciszek Duchiński, Lutosławski i inni proponowali nazywać Rosjan Mongoło-Moskalami, stąd też wielka poezja polska w osobach Mickiewicza i Krasińskiego żywiła największą nienawiść do Moskwy i Moskali. Secundo, slawofilizm rosyjski stanowił i stanowi narzędzie imperializmu rosyjskiego. Puszkin pisał o „strumykach słowiańskich”, które mają zlać się w jedno wielkie rosyjskie morze – wszystkie plany rusyfikacji języka, kultury i ducha polskiego zawsze wychodziły z założeń slawofilskich. Natomiast rosyjskie „słowianofilstwo” jest teorią eurazjatyzmu, stojącą na stanowisku samobytności kosmosu rosyjskiego, nienawiści do Europy i Polaków (jako łacinników) i jest właściwym fundamentem współczesnego eurazyjstwa oraz filozoficzną treścią bolszewizmu.

Największy kłam teoriom slawofilskim zadają dzieje polsko-moskiewskie, które „toczyły się łożyskiem wojen”. Rusinofilskie i bizantynofilskie rządy pierwszych Jagiellonów nie wprowadziły uspokojenia w stosunki polsko-moskiewskie. Około 17 wielkich wojen toczonych przez Polskę przedrozbiorową z Moskwą w obronie kresów, świadczy, że motyw wspólnoty rasowo-słowiańskiej nie odgrywał tu żadnej roli. Świadczą one zarazem, że największym niebezpieczeństwem dla kresów polskich była Rosja, posuwająca się w kierunku zachodnim w imię jedności wszechruskiej i bizantyjskiej kresów. Iwan Groźny, zwracając się do posła litewskiego Hałaburdy, mówił: „Miasto Kijów niech będzie przyłączone do Rosji, w zamian za co zaniechamy pretensji do odwiecznie naszych ziem na Litwie po rzekę Berezynę”. Pierwszy rozbiór Polski wykaże zwiększone apetyty rosyjskie na „odwiecznie ruskie ziemie w Polsce”. „Białe kruki” wśród Rosjan, owi mickiewiczowscy przyjaciele-Moskale, teoretycznie godzący się na niezależność Polski, również mawiali: „Cóż to są zabrane Polsce gubernie? Oto Białoruś, Czarna Ruś, Litwa hołdownicza, wreszcie Kijów, Wołyń, Podole, kolebka ruskiego narodu, wydarta naszym przodkom przez Litwinów i Polaków. My chcemy wolności i niepodległości Polski, ale niechże ona do odebranej sobie ziemi naszej nie rości żadnego prawa”. Rok 1914 będzie krokiem dalej. Hr. Bobrińskij, okupacyjny gubernator Galicji tak mówił do zlęknionej rusofilskiej deputacji polskiej: „Przede wszystkim wschodnia Galicja i Łemkowszczyzna z dawien dawna stanowiły rdzenną część jedynej wielkiej Rusi. Na tych ziemiach rdzenna ludność zawsze była ruską, a zatem układ na tych ziemiach powinien się zasadzać na pierwiastkach ruskich. Będę tu wprowadzać ruski język i prawo i urządzenia państwowe…”[2].

Nie wprowadza nowego stanu rzeczy w te sprawy „nowa” Rosja. Granice działalności Kom. Partii „Zachodniej Ukrainy” i „Zachodniej Białorusi” pokrywać się będą z granicami „ruskich kresów” w pojęciu Bobrińskiego czy „Sojuszu Russkawo Naroda”. Zadaniem zaś tych partii komunistycznych jest przygotowanie kresów polskich dla wessania ich przez tzw. Ukrainę Sowiecką i Białoruś. Świadczy o tym oficjalna publikacja sowiecka pt. „Komsomoł Polszi”, wydana w 1934 r. przez OGIZ (Wszechzwiązkowe Wydawnictwo Państwowe), w której czytamy o konieczności podziału Polski na „Zachodnią Ukrainę”, „Zachodnią Białoruś”, „naród śląski i naród pomorski”. Pomijamy w tych rozważaniach daleko idące plany podbojowe czerwonej Rosji w stosunku do całej Polski lub do jej „priwislańskiej części”. Rapallska umowa niemiecko-sowiecka z 1923 r. niemniej świadczy o Rosji, jako o ewent. sojuszniku Niemiec w planach antypolskich.

Antynomia kulturalnej treści Polski i Moskiewszczyzny jednak nie uzasadnia pozytywnej zasady wobec wielkiej Rosji. Wschodnio-zachodnia, bastardyczna treść kulturalna Rosji, pełna jest najujemniejszych wynaturzeń ducha wschodniego: despotyzmu carów białych i czerwonych, ekstensywnej treści kultury gospodarczej, rozkładowego wpływu psychologicznej literatury typu Dostojewskiego lub teorii niesprzeciwiania się złu – Tołstoja. Pokrewieństwo duchowe treści bolszewizmu rosyjskiego z treścią doby Iwana Groźnego pomnożonego przez reformatorstwo Piotra Wielkiego oddzielają chińskim murem racje duchowe, polityczne czy ekonomiczne dwóch organizmów, polskiego i moskiewskiego. Sprzeciwiający się temu stanowisku, siedzący na barykadzie polsko-rosyjskiej typ rusofila polskiego jest niczym innym jak produktem zrosyjszczenia się lub narzędziem agentury Rosji. Zygmunt Wasilewski pisał o postaciach „zrodzonych gdzieś na rozstaju dróg cywilizacyjnych, przy skrzyżowaniu niskiej cywilizacji z wyższą, w tym wypadku na przełęczy między Wschodem i Zachodem…”[3]. Tylko ten typ przeniewiercy wobec własnej kultury i historii będzie w sposób mistyczny i politycznie niewytłumaczalny bronić jedności i wielkości Rosji.

Reasumując, nie widzimy najmniejszej racji, która by ostrzegała nas przed zastosowaniem wobec Rosji podstawowej metody obronnej – divide będącej jedyną realną i polityczną zasadą wszelkiego organizmu wielkiego, wrogiego, sąsiedniego i niejednolitego. Tę zasadę zna historia polityczna wszystkich czasów i wszystkich narodów, prowadzących politykę realną i dalekosiężną, rozumiejących relatywną wartość siły państwowej i narodowej, która jest tym większa, im sąsiedzi są słabsi lub bardziej podzieleni.

 

II

Istnieje jeszcze jeden zespół zjawisk, który sprawę naszego uznania dla ewentualnego rozpadu Rosji na szereg państw narodowych podnosi na wyżyny realnych potrzeb i nieomal warunków naszego przyszłego być lub nie być. Jest to niezmienność tendencji rozwojowej Rosji in plus, zaś Polski – in minus. Od XV wieku Rosja stale zwiększa swe terytorium państwowe (tabela 1.).

 

Tabela 1. Powierzchnia Moskwy

Rok Powierzchnia(wiorsty2)
1425 400 000
1613 8 580 000
1725 15 510 000
1828 20 185 000
1888 22 000 000
1914 23 000 000

 

W latach 1920-34 Rosja de facto włączyła w swój obszar gospodarczo-polityczny Zewnętrzną Mongolię i Chiński Turkiestan, stanowiące w sumie około 1,5 mln km2. Obecna Rosja jest więc w rzeczywistości większa, niżeli Rosja przedwojenna, pomimo utraty terytoriów zaborczych Polski, Besarabii i Nadbałtyki.

Rzeczą najbardziej zastanawiającą jest nieprzerwana ciągłość tego procesu, idąca w parze z nieprzerwaną tendencją Polski do kurczenia się. Odrzucając epizodyczny i zamknięty w kartach historii moment upadku i odrodzenia Rzeczypospolitej, obserwujemy skurczenie się terytoriów państwowych Polski od mocarstwa jagiellońskiego w XVI w. do skromnych 389 000 km2 Polski współczesnej. Rozwój ludnościowy obu państw odbywa się równolegle do rozwoju terytorialnego. 20-milionowa Rosja w czasach Katarzyny Wielkiej była sąsiadem 12-milionowej Polski owych czasów. Zaś 160-milionowa Rosja współczesna jest już nie dwukrotnie, lecz blisko pięciokrotnie większa od 33-milionowej Polski. Zjawiskiem, które mogłoby zdecydowanie przerwać ten fatalny rozwój sił terytorialno-demograficznych Polski i Moskwy, odbywający się nieprzerwanie na korzyść Moskwy i niekorzyść Polski, jest tylko i jedynie podział Rosji na państwa narodowe, wzajemnie ze sobą rywalizujące i neutralizujące w stosunku do Polski olbrzymią, moskiewską 1/7 część lądów globu. Zastosowanie wobec Rosji zasady divide (bez impera), jest więc nie tylko sprawą pożądaną, lecz sprawą żywotną i niezwykle ważną, dyktowaną względami polityki polskiej nie jednego żyjącego pokolenia, lecz racją przyszłych pokoleń polskich. Ten postulat moglibyśmy sformułować w ten sposób: albo Rosja będzie podzielona i wówczas Polska może ze spokojem spoglądać w swą przyszłość, albo Rosja pozostawiona w swych granicach dotychczasowych, przezwyciężając współczesny okres porewolucyjnej „smuty”, zagrozi w wybitnym stopniu polskiej niezawisłości w najbliższej przyszłości.

 

*

Ukraina, Turkiestan i inne narody Rosji, oto kandydaci do wyzwolenia się z twardych ram państwowej konstrukcji Rosji. Czy możliwą jest rzeczą zastosowanie wobec Rosji polityki oderwania od niej jednego, powiedzmy, Kaukazu z pozostawieniem w jej granicach Ukrainy lub odwrotnie? Wydaje się to niemożliwe ze względu na rozmieszczenie i sąsiedztwo podbitych, nierosyjskich terytoriów Rosji. Kaukaz bez odpadnięcia Ukrainy nie utrzyma się jako państwo niepodległe, nawet przy najlepszych formach skonfederowania swych rozmaitych narodów. Ukraina bez odpadnięcia Kaukazu pozostawi w rękach Rosji dostęp do Czarnego Morza, oraz bogactwa naftowe i inne Kaukazu, które umożliwią okrojonej, lecz mimo to olbrzymiej, 100-milionowej Rosji, ponownie zapanować nad Ukrainą. Tylko wyciągnięcie wszystkich konsekwencji z ewentualnego momentu rozpadu Rosji i pozbawienie jej możliwości zbyt łatwego realizowania swej odwiecznej zasady ekstensywnych podbojów, może być uważane za rzeczowe i trwałe załatwienie problemu wielkiej Rosji. Dodać należy, że reprezentowanie przez Polskę idei częściowego tylko – ze względu na niebezpieczeństwo podniety ukraińskiej mniejszości w Polsce – podziału Rosji, tzn. z pominięciem Ukrainy nad Dnieprem, może stać się nierealne wobec wybitnego zaktualizowania się w świecie sprawy ukraińskiej. Ukraina może począć wcielać się w państwowe kształty niezależnie od naszej negatywnej postawy wobec tego zagadnienia. Ten jednak moment nakazuje nam szerzej rozważyć zagadnienie ukraińskiego fragmentu w idei podziału Rosji oraz skonfrontować go z zimną, bezuczuciową racją polską.

 

III

Głównym motywem przemawiającym przeciwko wysuwaniu przez nas fragmentu ukraińskiego w kwestii podziału Rosji jest obawa przed ukraińską agresją na polsko-ruskie (ukraińskie) kresy. Ukraińskie hasło „soborności”, czyli połączenia wszystkich ziem ukraińskich w jeden organizm w połączeniu z ukraińską tendencją do traktowania południowo-wschodnich i wołyńskich, a nawet chełmskich, łemkowskich itd. obszarów Polski za rdzenne ziemie ukraińskie, grozi nam utraceniem tych kresów w wypadku powstania ukraińskiego narodowego państwa nad Dnieprem. Ta obawa byłaby istotną w tym tylko wypadku, jeśli by Rosja nie żywiła zamiarów „restytucyjnych” w odniesieniu do kresów. Wiemy jednak ze wstępnych uwag tego artykułu o stałej, odwiecznej – od czasów Iwana Groźnego do Bobrińskiego i KPZU z KZBU – tendencji moskiewskiej do traktowania naszych kresów za ziemie ruskie, co jest identyfikowane przez Rosję z ziemiami ruskimi (przez dwa s).

Musimy więc sprawę niebezpieczeństwa utracenia kresów w związku z ewent. powstaniem Ukrainy nad Dnieprem sformułować jak następuje: (a) kresom naszym grozi imperializm Ukrainy Naddnieprzańskiej, która spozierać będzie na kresy od Polesia na południe jako na swe narodowe terytoria i będzie dążyła do ich oderwania od Polski oraz (b) kresom naszym grozi imperializm moskiewski, który traktuje kresy za jedną z kolebek narodu ruskiego, za dalszy ciąg Wszechrusi i który obawia się, że pozostawienie tych kresów w rękach Polski może doprowadzić ostatecznie do utrwalenia dwupodziału wschodniego, „ruskiego” słowiaństwa na dwie gałęzie: zachodnią i wschodnią. Mając przed sobą tę właściwą perspektywę niebezpieczeństwa, grożącego naszemu stanowi posiadania na kresach, musimy zastosować polityczną zasadę obrania zła mniejszego dla zwalczenia zła większego, musimy zrozumieć, że łatwiej nam będzie bronić swego kresowego stanu posiadania przed 35-milionową Ukrainą, mającą 100-milionową Rosję na karku w najważniejszym dla przyszłej Ukrainy terenie Zagłębia Donieckiego, niżeli przed wielką, potężną, zasiloną przez bogactwa Ukrainy 160-milionową Rosją. Jest to jasne. Jasne zwłaszcza przy wzięciu pod rozwagę momentu zagrożenia Ukrainie ze strony Rosji, która nie pogodzi się nigdy z oderwaniem się „matki grodów ruskich – Kijowa”, z utraceniem dostępu do Morza Czarnego, Donbasu itp., która wskutek tego zawsze będzie dążyła do nawiązania z Polską stosunków na najlepszych warunkach sojuszu antyukraińskiego opartych, i która będzie wszelkimi środkami dążyła do osłabienia Ukrainy. Rezultatem tego układu stosunków będzie znaczna tendencja niezależnej Ukrainy do szukania przyzwoitych stosunków z Polską, celem zaszachowania rosyjskich zalecanek antyukraińskich. Ukraina będzie często dążyła do uznania polskiego stanu posiadania na kresach, a może nawet do ściągnięcia części ludności ukraińskiej na swe obszary wschodnie, w zdobyciu których należy Ukrainie pomóc. W tym aspekcie wcale nie jest rzeczą nieprawdopodobną, iż obrończynią „Rusinów” w Polsce będzie po dawnemu Moskwa, która wobec tych Rusinów wystąpi jako prawdziwa reprezentantka ich interesów, zaprzedanych przez „polonofilski” Kijów.

Nie znaczy to jednak, że między Polską a Ukrainą będą zawsze panować idylliczne stosunki. Ewentualność wrogich stosunków jest tu zawsze możliwa i realna, będzie ona jednak miała zawsze mniejszą wymowę niżeli wrogość ukraińsko-moskiewska i będzie zawsze miała mniej szans trwałości niżeli utrzymywanie dobrych stosunków z Polską w myśl wywodów powyższych.

 

*

Drugorzędnymi argumentami wysuwanymi przeciwko idei niepodległej Ukrainy nad Dnieprem jest sprawa treści narodowo-kulturowej Ukrainy. Jeden z największych pisarzy politycznych Polski użył w tym względzie argumentu natury moralnej, usiłując tym argumentem podważyć polityczny argument na rzecz podziału Rosji i powstania Ukrainy. Roman Dmowski pisał: „Dla narodu, zwłaszcza dla narodu tak młodego, jak nasz, który musi się jeszcze wychować dla swych przeznaczeń, lepiej mieć za sąsiada państwo potężne, choćby nawet bardzo obce i bardzo wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny (Ukrainę)”[4]. Moralno-wychowawcza słuszność tego rozumowania nie wytrzymuje jednak krytyki, gdyż nie sposób wychowawcze motywy wprowadzać w sferę stosunków pomiędzy narodami, gdzie powinna niepodzielnie panować polityczna racja. Ta właśnie racja nakazuje nam stwierdzić, iż lepiej jest posiadać sąsiadów jak najsłabszych, jak najbardziej rozproszkowanych i nawzajem ze sobą skłóconych. Lepiej jest dla Polski, nad której życiem wiszą kolosalne budżety na rzecz obrony, mieć na wschodzie choćby największy arcy-dom publiczny, niżeli olbrzymią, posiadającą paromilionową armię, Rosję. Przed zgubnymi wpływami atmosfery domu publicznego wystarczą wzmocnione posterunki policji obyczajowej, straż graniczna, druty kolczaste, przeciwko paromilionowej armii rosyjskiej mogą nie wystarczyć w perspektywie idących czasów najsilniejsze linie Maginota, na które nas nota bene nie stać.

Równie niesłuszny jest argument niedojrzałości narodowej Ukraińców. Ten motyw jest raczej argumentem na rzecz współbudowania Ukrainy niżeli argumentem na rzecz jednolitej Rosji. Mniejsze bowiem ryzyko grozi nam z wiązania się z elementem politycznie niedojrzałym, gdyż może być mniej groźnym, natomiast więcej podatnym naszym wpływom. Słabość Ukraińców jako narodu jest ponadto argumentem dla popierania ruchu ukraińskiego, gdyż obawa przed zlikwidowaniem słabego ruchu ukraińskiego przez Rosję może stać się zawiązkiem nowej fazy potęgi wewnętrznie zjednoczonej Rosji, co się wyrazi w zwiększonym naporze Rosji na nasze wschodnie granice. Jest to zrozumiałe. W polityce przy rozgrywkach sił ze sobą sąsiadujących należy popierać słabszego, aby silniejszy nie urósł na jeszcze potężniejszego.

 

IV

Jeszcze poważniejszym zarzutem stawianym reprezentantom idei niezależnej Ukrainy nad Dnieprem jako klina antymoskiewskiego, jest przewidywanie związania się Ukrainy z Niemcami i ich wspólnego przeciwko Polsce wystąpienia. Obawa ta jest w istocie niesłuszna. Autorzy tego straszaka zapominają o tym, że „Rapallo” niemiecko-ukraińskie jest wykluczeniem Rapallo bez cudzysłowów, jest uniemożliwieniem porozumienia się wielkiej Moskwy z Berlinem. Zróbmy rachunek z ołówkiem w ręku. Moskwa – 160 mln plus Niemcy 80 mln – razem stanowią 240 mln przeciwko 33-milionowej Polsce. (Sojusznicy Polski, tacy jak Francja itp. są równoważeni przez sojuszników Niemiec i Rosji, takich jak w przyszłości Chiny, niektóre państwa Bałkanów, Czechy itp.). Natomiast Kijów niepodległy – 35 mln plus Niemcy – 80 mln – stanowią razem 115 mln przeciwko 33-milionowej Polsce. Zyskujemy więc 125 mln mniej w sile wrogów Polski plus niewygodna strategiczna pozycja Ukrainy, zagrożonej przez Moskwę. W tych więc warunkach ewentualność „Rapallo” Kijowa z Berlinem nie jest dla nas rzeczą tak groźną, jak ewentualność prawdziwego Rapallo moskiewsko-berlińskiego. Oczywiście, rozumiemy, że wywody nasze są pozbawione szeregu innych ubocznych elementów, dotyczą jednak zasadniczych sił, mogących wziąć udział w rozgrywce.

Słuszność tych wywodów będzie bezdyskusyjna dla każdego trzeźwego polityka, który rozumując kategoriami realizmu politycznego nie będzie szukał w geopolitycznie ciężkiej sytuacji polskiej rozwiązań idealnych i zarazem nierealnych. Rozumiejąc, że idealne sytuacje istnieją tylko w fantazji, nigdy zaś w rzeczywistości politycznej, pojmiemy, że realnym jest nie szukanie ideału, lecz dążenie do polepszenia swej sytuacji. I jakkolwiek „lepsze” jest wrogiem „dobrego”, to jednak nasza niezdolność do zmiany mapy narodowej i politycznej Europy środkowej i wschodniej nakazuje nam dążyć do realnego „lepszego”, nie zaś do nierealnego „dobrego”. Te propedeutyczno-polityczne uwagi należy mieć stale na względzie, rozważając wywody tego artykułu.

 

*

Mówiąc o niebezpieczeństwie planów niemiecko-ukraińskich, pamiętać również musimy o niebezpieczeństwie niemieckim dla… Ukrainy, jako o czynniku, który w przyszłości będzie pomniejszał możliwości zbyt bezwzględnego wiązania się Ukraińców z Berlinem, natomiast będzie ich zmuszał do liczenia na Polskę, jako na przeciwwagę dla zbyt daleko idących planów kolonizacyjno-eksploatacyjnych Niemiec. Pamiętajmy, że z obu stron delty Dniestru znajdują się duże kolonie niemieckie, że „Voelkischer Beobachter” i inne pisma niemiecki pisały i piszą o naturalnej i organicznej ekspansji niemieckiej w kierunku południowego wschodu, iż Dunaj jest nazywany przez wielu niemieckich polityków niemiecką rzeką, iż plany skolonizowania przestrzeni pomiędzy deltą Dunaju i deltą Dniepru są zrozumiałe i z punktu widzenia Niemiec bardzo naturalne. Ta tendencja Niemiec do opanowania wschodniego wylotu prastarej drogi, prowadzącej z „Waregów w Greki”, przy jednoczesnej ewentualnej tendencji do eksploatowania całokształtu gospodarki ukraińskiej z wykorzystaniem trasy Dniepru i Dniestru, nie mówiąc już o Dunaju, przy istnieniu żywej tradycji wywożenia z Ukrainy w czasach Skoropadskiego nie tylko produkcji codziennego użytku, lecz nawet czarnoziemu na platformach, wszystko to razem napawa polityków ukraińskich obawami przed zbyt proniemiecką polityką. Kryjąc się na razie ze względów taktycznych przed ujawnieniem swych obaw przed Niemcami, z pomocy których nie rezygnują, gotowi są jednak przy pierwszej okazji osłabić węzły wiążące ich z Niemcami. Rozumowanie Ukraińców w tym względzie jest bardzo proste i zarazem nie wymagające wiary w szczerość ich wywodów. 25 mln Polaków nie stanowią i nie mogą stanowić groźby dla niezależnej Ukrainy nad Dnieprem. Prawdziwe niebezpieczeństwo grozić będzie ze strony 100-milionowej Rosji-Moskiewszczyzny i 80-milionowych, głodnych w środki aprowizacji i surowce Niemcy, prące w kierunku południowego wschodu, a więc i w kierunku Ukrainy. Konieczność obronnego sojuszu polsko-ukraińskiego przed Rosją i Moskwą narzuca się tu jako jedna z realnych ewentualności w przyszłym, po upadku Rosji, układzie stosunków w Europie wchodniej. Czy nie będzie to zarazem odrodzeniem warunków dla współpracy i sojuszu państwa i narodów dawnej „jagiellonosfery”? Zapewne tak.

 

*

Zagadnienia niemieckiego we fragmencie ukraińskim idei rozpadu Rosji, nie wyczerpują jednak uwagi powyższe. Istnieje jeszcze sprawa udziału Niemiec w przemianach na wschód od Zbrucza i sprawa interesu Polski w tych przemianach. Wydaje się rzeczą zrozumiałą, że najlepiej byłoby, jeśli by Polska mogła jak najwięcej na tych ziemiach zaciążyć i w zgodzie ze swym interesem państwowym je przeprowadzić. Lecz z drugiej strony należy pamiętać, że ten udział w przemianach wiąże się ze znacznym ryzykiem zbrojnego wystąpienia przeciwko Rosji. Nie byłoby więc rzeczą tragiczną, a w pewnych momentach nawet bardzo dogodną, aby polską ideę podziału Rosji przeprowadził na własny koszt i własne ryzyko kto inny, chociażby nawet Niemcy, przy zachowaniu przez Polskę neutralności. Kontrargument jednak, iż takie załatwienie sprawy mogłoby oddać całą Ukrainę w ręce Niemiec i okrążyć Polskę od wschodu jest zbyt poważny i dlatego odrzucamy to rozumowanie, uważając to za najmniej pożądane i stoimy na stanowisku aktywizmu i udziału Polski we wszelkich przemianach, dokonujących się na wschód od Polski. Obecne jednak aktualizowanie sprawy rozpadu Rosji, podejmowane przez propagandę Niemiec, jest dla nas raczej dogodne, gdyż odbywa się na koszt i ryzyko Niemiec, nie nasz, nie decydując zarazem o niczym, prócz konsolidowania wrogich Niemcom szeregów państw antyrewizjonistycznych.

 

V

Jednym z ostatnich prorosyjskich chwytów, wysuwanym przeciwko idei uznania dla rozpadu Rosji, a zwłaszcza przeciwko fragmentowi ukraińskiemu tej koncepcji, jest motyw rzekomo niebywałej słabości współczesnej Rosji i gwałtownego rozwoju Niemiec. Utrzymanie jedności państwowej Rosji, a nawet dopomożenie jej, celem podtrzymania równowagi w Europie wschodniej i środkowej – stanowi treść tego stanowiska. Przyznalibyśmy znaczną słuszność temu rozumowaniu, gdyby sytuacja geopolityczna Polski byłą podobna do szwedzkiej lub francuskiej, bądź też gdyby Polska byłą jakimś wcieleniem geometrycznej linii, na którą równomierny napór ze stron obu wzajemnie by się neutralizował, utrzymując jej równy bieg. Lecz Polska jest „wielościanem”, na który zewnętrzny napór może wywrzeć wpływ odcinający fragmenty tego wielościanu. Ponadto Polska jest wciśnięta pomiędzy Niemcy a Rosję. Stąd owe starania nad utrzymaniem zrównoważonego naporu ze stron obu i niechęć do skorzystania z osłabienia wielkiej Rosji, celem strukturalnego rozstrzygnięcia sprawy obrony granicy wschodniej raz na zawsze (co pozwoliłoby nam skupić zwiększone siły nad granicą zachodnią), są co najmniej dziwne i świadczą albo o wybitnym upadku kultury politycznej w Polsce, albo o kolosalnym inspirującym wpływie agentur obcych.

Nie możemy ani na chwilę zapomnieć, że zarówno w odniesieniu do Niemiec, jak i do Rosji, jako do sąsiadów potężnych, z którymi nie możemy zwycięsko rozegrać gry wojennej w chwilach ich normalnego stanu, musimy decydować się na rozgrywkę wówczas, gdy są słabi. Gdyby współczesne Niemcy były dziś słabe, mogłoby być realną rzeczą dyskutowanie nad sprawą strukturalnego rozwiązania naszego zagadnienia zachodniego. Tak jednak nie jest. Natomiast Rosja jest dziś niewątpliwie podminowana przez szereg wewnętrznych przeciwieństw i dlatego jest realną rzeczą zastanowienie się nad ewentualnością nadejścia naturalnego procesu rozpadu Rosji. Stanięcie zaś na stanowisku niepodzielności Rosji, czyli ewentualnego uratowania Rosji, byłoby niepowetowanym błędem. Przyszła Rosja, „biała” czy inna, poda wówczas poprzez Polskę rękę Niemcom, w najbliższej przyszłości mniej antyrosyjskim i na pewno wysunie w stosownej chwili plan modnego „anszlusu” „ruskich” kresów Polski do „ruskiej” macierzy. Czy nie zbiegłoby się to z chęcią Niemiec do jednoczesnej „rewizji” naszego zachodniego stanu posiadania?

Dlatego właśnie uważamy, że jest niesłuszną rzeczą sprzedawanie dziejowej niepowtarzalnej okazji do rozrachunku z Rosją za miskę soczewicy przejściowej równowagi i chwilowego spokoju. Podobne „pokojowe” rozstrzygnięcie sprawy, bynajmniej pokoju nie ratujące, byłoby wyrazem polityki egoizmu żyjącego pokolenia kosztem przyszłych pokoleń, byłoby produktem ideału konsumpcyjnego, świadectwem zapanowania w Polsce światopoglądu „po nas choć potop”, dowodem witalnego wyjałowienia Polski.

W stosunkach pomiędzy narodami panują żelazne prawa rywalizacji i walki, których łamać nie wolno. Dziejowego wroga, w zasadzie potężnego, lecz leżącego na łopatkach, należy pokonać do reszty. Zaś dziejowego wroga, w zasadzie również potężnego, lecz znajdującego się w stanie siły i rozwoju, należy jak najdłużej utrzymać w „dobrych” ze sobą stosunkach. Odwrócenie tej zasady musi doprowadzić do katastrofy. „Ucałuj rękę, której nie możesz uciąć” – głosi maksyma prastarego Wschodu. Drażnienie ręki, której nie możesz uciąć, lub braterski uścisk wrogiej ręki, którą możesz uciąć, byłby wyrazem praktycznego chrześcijaństwa, lecz zarazem zakwalifikowaniem doczesnej niezależności Polski na byt wieczny, lecz w świecie podniebnych platońskich idei.

 

*

Specjalnym zagadnieniem jest problem siły Rosji. Jest rzeczą zrozumiałą, że współczesna Rosja, podminowana przez przeciwieństwa światopoglądowo-ustrojowe oraz narodowościowe, jest obiektem względnie łatwych wypraw i realizacji koncepcji podziałowych. Lecz zarazem nie świadczy to, aby w wypadku dłuższego pokoju Rosja była dogodnym sąsiadem, wcale pozbawionym niebezpieczeństwa. Przebieg dziejów Rosji świadczy, że Rosja prawie nigdy nie była krajem silnym militarnie, gospodarczo czy nawet politycznie. Wszystkie podboje Rosji dotyczyły wyłącznie krajów osłabionych lub przez Rosję dywersyjnie podminowanych. Główna siła Rosji spoczywa w mongolskiej tradycji umiejętnego rozkładu krajów sąsiednich i potem ich łatwego podbijania. Zaznaczyć należy, że współczesna Rosja jest państwem, w którym istotny, dziejowy, właściwy czynnik siły, czyli czynnik dywersyjnego działania i umiejętnego rozkładowego wpływania na kraje sąsiednie został rozwinięty do zenitu. Dzisiejsza Rosja jest Rosją z wizji Z. Krasińskiego, jest dziejowym wrogiem Polski, który jest „upokorzony ze zdartą maską, ale nie osłabiony, który chwyci się… innej broni i zanim powtórzy swój chybiony zamach na Konstantynopol, przygotowuje sobie inne drogi, ciemniejsze a skuteczniejsze. Poda rękę wszystkim tajnym stowarzyszeniom i skrytym konszachtom. Będzie je opłacał swoim złotem a popierał swoimi intrygami. Słowem odda całą swą potęgę na usługi rewolucji socjalnej, aby obalić trony tych dynastii, co świeże zerwały z nim przymierza, albo nim wzgardziły”. Tak pisał wieszcz w memoriale złożonym na ręce Napoleona III w 1854 r.[5].

Płycizna rozumowania na tematy słabej Rosji, oraz niebezpieczeństwo odwrócenia się plecami od wschodu przez czas dłuższy, wystąpi wyraźnie z powyższych wywodów.

Wysoce przejaskrawione jest również ocenianie zaangażowania się Rosji w sprawy Dalekiego Wschodu. Olbrzymia piaskowa góra chińska zdolna jest pochłonąć gros energii Japonii, dając zarazem wielkie pole dla wyrównania rozgrywek anglo-amerykano-japońskich, zza których Rosja może zawsze wyjść pewna siebie do rozgrywki na Zachodzie. Nie należy zapominać, że po 1905 nastąpił rok 1914, w którym Rosja korzystała z zapasów japońskiej broni i amunicji.

 

VI

Najsłabszym punktem tego artykułu jest sprawa postawy Niemiec w wypadku ujawnienia się antyrosyjskich tendencji w Polsce. Atoli i tu reprezentantom prometeizmu na opak odpowiedzieć należy, iż w wypadku odwrócenia sytuacji, groziłoby nam zaatakowanie od strony wschodniej. Z tą atoli większą niewygodą, że siła odciążająca Rosję w postaci Japonii jest bardziej odległa i oddzielona od żywotnych ośrodków Rosji olbrzymią przestrzenią ponad 3 tys. km, dzielących Kuzbass od stacji Mandżuria. Natomiast siły odciążające Niemcy są bliskie i żywiej z nami powiązane. Są to Francja, w przyszłości Włochy, a również w pewnym stopniu Anglia.

Z drugiej strony, mając przed sobą perspektywę niebezpieczeństwa ze strony Niemiec, w wypadku zaktywizowania się naszej polityki wschodniej pamiętać musimy o ewentualnej, wcale rychłej i realnej perspektywie, gdy w wypadku wygaśnięcia rozżarzonego ideokratyzmu w reżimach sowieckim i niemieckim, nastąpi zbliżenie Niemiec, prastarego przyjaciela Moskwy, z tą właśnie od Piotra Wielkiego proniemiecką Moskwą. Wówczas sytuacja nasza będzie stokroć gorsza, gdyż zmuszeni obrać jeden lub drugi kierunek aktywizmu, kierunek wschodni lub zachodni, będziemy mieć 100% pewności, iż czeka nas jednoczesny atak ze strony przeciwnej.

I dlatego twierdzimy, że niejasna i skomplikowana sytuacja Polski w chwili bieżącej, przy skonfrontowaniu z naszą sytuacją geopolityczną jest bardzo dobra i dogodna w porównaniu z tym, jaka mogłaby być lub jaka może być w niedalekiej przyszłości.

Usunięcie niedogodnej, nadchodzącej perspektywy sprzed naszych oczu leży przede wszystkim w naszych rękach, kryje się w odwadze politycznej twórczości naszej polityki zagranicznej, zainicjowanej przez Wielkiego Marszałka i w pełnej bojowego ducha Armii Polskiej, której Wódz Naczelny niedawno rzucił, budzące najwyższe struny duszy polskiej – słowo: MASZEROWAĆ!…

 

 

 

[1] Dymitr Mendelejew, Zawietnyja myśli, Gławy 8 i 9, Sankt Petersburg, 1905, str. 347.

[2] Odezwy i rozporządzenia (zbiornik dokumentów), Lwów, 1916.

[3] Z. Wasilewski, Proces Lednickiego, Warszawa, 1924.

[4] Roman Dmowski, Świat powojenny a Polska, Warszawa, 1932, str. 264.

[5] Por. z szerszą rozprawą na temat istoty siły rosyjskiej w kwartalniku „Wschód”, nr 4/1938.

Menu