tlo-wydarzeniaWraz z Litewskim Instytutem Kultury i Kołem Naukowym Lituanistów Labas zapraszamy na spotkanie z litewską autorką Dalią Staponkutė Trajektorie językowe: pomiędzy Morzem Bałtyckim i Śródziemnym, które odbędzie się 27 czerwca o godzinie 18:00 w księgarni Tajne Komplety w Przejściu Garncarskim.

Dalia Staponkutė jest powieściopisarką, eseistką i tłumaczką z języka greckiego. Jej najnowsza książka, zbiór esejów „Iš dviejų renkuosi trečią:mano mažoji odisėja“/Faced with Two Options, I Choose the Third. My Personal Odyssey” została doskonale przyjęta przez krytyków i czytelników. Książkę wyróżniono dwiema prestiżowymi litewskimi nagrodami literackimi. W swoim pisarstwie porusza tematy doświadczeń wielokulturowości, emigracji i multijęzykowości w świecie współczesnego globalizmu. Autorka jest doktorem filozofii na Uniwersytecie Cypryjskim, gdzie też wykłada.

Dalia Staponkutė była uczestniczką festiwalu Big Book Fesival w Wraszawie, gdzie brała udział w dyskusji PLANETA KOBIET.

Poniżej prezentujemy jeden z jej esejów w przekładzie Kamila Peceli. Tekst ukażę się drukiem w numerze 3 kwartalnika Czas Literatury.

Negatyw

Miastu, w którym żyję

Mam wiele imion i rozgałęzioną historię, która jest podobna do tkwiącej w moim jestestwie masywnej rzeźby z nieobrobionych, połączonych ze sobą w doskonały sposób odłamków szkła. Rzeźba przypomina straszydło i nazywa się Poeta. Poeta to znajdująca się w sercu sterta białej broni. Nawet bezdomny włóczęga albo brudny kocur, pies przybłęda i gołąb obieżyświat nie zechcą szukać za pazuchą Poety przytulnego schronienia. Poeta to ostra, pokryta lepkim kurzem samotność na zardzewiałym postumencie w postmodernistycznej prowincji. Można znaleźć również inne symbole, które świadczą o moich osobliwościach. Najbardziej lubiłam wenecki kwiat – doskonale okrągły mur z wieżyczkami obronnymi niczym płatki. Cywilizacje śródziemnomorskie potrafią precyzyjnie budować mury i odczuwają je jak ukochane ciało. Mówiąc ściślej, otaczają nimi ukochane ciało tak, aby było uciskane od środka, a od zewnątrz nie budziło pożądania. Okrąg zacieśnia się, aż pęka. Krąg najbliższy – rodzina, pierwsi nauczyciele, ukochani i wychowankowie – uciska najsilniej i pęka najboleśniej. Późniejsze, dołączone z biegiem lat kręgi – bogacze i biedacy, dręczyciele i wielbiciele, geniusze i beznadziejni głupcy, architekci i archeolodzy, fotografowie i historiografowie, adwokaci i buchalterzy, doktorzy i doktorzy z żydowskimi nazwiskami, wyuzdani kapłani, Brytyjczycy, Arabowie, Rosjanie, bezbarwne przedmieścia, ślepe uliczki, fałszywe pałace, rozrzucone sklepiki i sterylne centra handlowe, zanikające tawerny i prosperujące fast foody, flagi, żółte gwiazdki – nie uwierają. To nie kręgi o symbolicznym znaczeniu, tylko rozproszone nici rzeczywistości, zmieniające kierunek promienie, pojawiające się i znikające zgodnie z ruchem Słońca.

Słońce w moim regionie wschodzi i zachodzi nagle. Jakby zeskakiwało z nieba do morza, a rano wyskakiwało z przyjemnej pościeli fal. Mogłabym utożsamić się ze słońcem, ponieważ mnie wypełnia. Rozpalam się jak patelnia, jak przesmyk górski, jak równina Mesaoria. Rozpalam się tak, że najmniejsza kropla staje się rewolucją. Nie mam przestronnych placów dla rewolucji ani lśniących pomników dla rewolucjonistów. Symbole moich walk są żałosne i komiczne jak wianki z plastykowych gałązek oliwnych. Sama jestem ciągłą walką bez wieńca chwały. Jestem Chorą. To jedno z moich imion. Etymologicznie świadczy ono o hojnej pojemności. Imię Chory ze wszystkimi jego postmodernistycznymi odcieniami lubię najbardziej. Tak nazywają mnie miejscowi. Jestem hojna i szalona jak matka w średnim wieku. Matka w średnim wieku z pseudonimem. W średniowieczu rozkwitałam, w nim też zastygłam, wierząc, że zachowam wieczną młodość. Przez zastój pękł najbliższy, najbardziej uciskający mnie krąg. Rozłamałam się na dwoje. Teraz jestem przepołowiona, mam dwa oblicza: północne to tkwiąca w postaci z przeszłości, przytulna siedziba domowych duchów, a południowe jest gwarnym, niespokojnym skrzyżowaniem dla cudzoziemskich przechodniów. Z biegiem czasu dwulicowość zaczęła zapewniać mi poczucie bezpieczeństwa i możliwość wytrzymania ataków innych kultur, sprytnej polityki wschodniej i napięcia związanego z przetrwaniem. Bawię się obliczami, studiuję je. Długo obserwuję się w nieskalanym zwierciadle nieba i dostrzegam w nim swoje najskrytsze myśli. Teraz wiem, że po drugiej stronie lustra jest jeszcze jedno, inne oblicze, tylko nigdy nie wiem, które z nich w danej chwili wybiorę.

Tajemnica wiecznej młodości i żywotności tkwi w niewiedzy, w zadziwieniu i w braku samookreślenia, ponieważ wszystko to sprzeciwia się egzystencjalnej drzemce i nakłania do stworzenia się na nowo. Podejrzewam, że mój urok wiecznej młodości kryje się w dualistycznym napięciu, w dwóch obliczach, dwóch historiach, w przeczuciu sobowtóra. Zawsze chciałam być w takim miejscu, gdzie mogę mieć więcej niż jedno życie. Chciałam miejsca dla swoich obliczy. Może swojej wyspy. Wyspa to najodpowiedniejsze miejsce dla tajemnic. Na wyspie… chlubnie samotna… z własnymi obliczami. Tak naprawdę nie mam więcej niczego ciekawego i istotnego poza podwójnością. Staram się ją wzbogacić o różne znaczenia. Zdobię kolekcjami bizantyjskich ikon. Każdy wiek pozostawia na ikonie swoją barwę, a każdy ikonograf swój talent, serce albo dyletantyzm. Najbardziej lubię swój ikonograficzny obraz średniowiecza, ponieważ soczyste, wyraziste kolory epoki i jej roztapiające ramy światło są świadectwem doświadczenia. Choć doświadczenie i światło bynajmniej nie są czymś, co można skumulować. Nigdy się nie powtarzają i niczego nie gwarantują. Sądzę, że doświadczenie to wiedza, że ma się dar, który może nie ujrzeć światła. Zebrałam ikony w dwóch słonecznych pokojach obok relikwii katolickich. Moje delikatne katolickie wieże z biegiem czasu stały się ciężkimi kopułami cerkwi, te zaś ostrymi wierzchołkami minaretów, a ostatecznie powabnymi ruinami.

Nigdy nie sądziłam, że będę kochać ruiny. Muszę przyznać, że stanowią one moją najbardziej autentyczną część. Są dla mnie nietykalne, bezsilne i przezroczyste jak dusza dziecka. Bez nich nie byłoby moich nastrojów. Ruiny pozostają, gdy odchodzi człowiek – to smutny akt. Jednak same w sobie nie wydają się smutne, raczej dumne. Im dłużej nikt ich nie dotyka, tym bardziej są dumne, niczym głos rozsądku w stosunku do tych, którzy wychodzą i pozostawiają. Ruin nie widzi nikt poza niebem, tą jedyną, wieczną kopułą. Ukoronowane przez niebo, wyglądają na święte. W moim regionie niebo jest złote jak tło ikon. Być może z tego powodu jest we mnie tyle ruin – wszyscy chcą nieskalanego i słonecznego nieba, pod którym nawet śmierć wydawałaby się jasna.

Moim tragicznym średniowiecznym prototypem była Katarzyna Cornaro, królowa wyspy z XV wieku. Źródła historyczne milczą o jej osobistym dramacie. Piękność ze sławnej jerozolimskiej dynastii chciała mieć wyspę z wysokim niebem. Widocznie ją również oczarował mit chlubnej samotności. Przeżyła na wyspie dwadzieścia lat i doczekała się jego spełnienia. Ruiny rozpostarte pod niebiańskim światłem i eleganckimi palmami przyjęły jej życie. Tutaj pochowała męża, a wkrótce również syna jedynaka. Później chlubnie samotna odjechała z wyspy do swojej ojczyzny, pozostawiając ruinom swój smutek, a mojej twarzy cień swojego życia. Na jednej z litewskich stron internetowych odnalazłam zapis o znanej treści: 515 lat temu, w 1489 roku Katarzyna Cornaro, królowa Cypru, ostatnia potomkini rodu Lusignan, sprzedała swoje królestwo Wenecji… Czasem i ja czuję pokusę, aby „sprzedać królestwo” i ruszyć ku najbliższej górze kyreńskiego masywu „Pięciu Palców”, którą co dzień obserwuję z tęsknotą przez swoje okna. Mówią, że znajdują się tam najpiękniejsze na świecie ruiny klasztoru Synaj – jeśli zlekceważyć grzechotniki i wrogie ciernie, można zobaczyć prawdziwy pejzaż biblijny… I to widowisko, jak twierdzą, odmieni twoje życie.

Niewidoczne ruiny życia są, niestety, smutniejsze niż rozpadające się z czasem zaniedbane mury. To znaczy, że również Bóg może być smutniejszy niż Kościół, życie od niebytu, przyczyna od skutku, oryginał od duplikatu, a żywy obraz od fotografii… Nagle przyszła mi do głowy myśl, że dopiero teraz zrozumiałam ironię poety Kawafisa – straszydła swojej epoki – w stosunku do fotografii. Napisał on, że „fotografować” to brzydkie słowo. Nie tylko dlatego, że często jedynie na zdjęciach odnajdywał „ucieleśnienie” swojej homoseksualnej miłości.

Według Kawafisa fotografować znaczyłoby cierpieć. Fotografia w swoim najgłębszym znaczeniu jest aktem udręki w imię piękna. Poprzez udrękę odnaleźć piękno, widzieć piękno w udręce, dręczyć piękno, znieść udrękę piękna, upiększać się udręką, udręczać się wobec piękna, na rzecz piękna… Zawsze na rzecz piękna, nawet w okropności na rzecz piękna. Nie ma „niepięknych” fotografii, jedynie za mało udręki, jak w ikonografii. Jeśli w pewnym sensie piękno łączy się z rozkoszą, to znaczy, że zdjęcie, jako ucieleśnienie piękna, może być silniejsze i bardziej sugestywne niż rzeczywistość. Bardziej rzeczywiste niż rzeczywistość? Nie wiem tego i niemal nie mam fotografii, ponieważ nie spotkałam swojego fotografa. Mało kogo pociągają moje ruiny i kontrastujące ze sobą oblicza. Nie można odnaleźć we mnie jednolitości, harmonii i dopracowania, nie ma ani jednego regularnego kwartału, budynku i chodnika. Jestem beznadziejnie niefotogeniczna. Fotogeniczne są tylko niektóre moje szczegóły: samotne palmy, koty i lśniące uśmiechy mieszczan. Najdziwniejsze, że właśnie na fotografiach tracę charakterystyczne cechy swojej geografii – nie jestem Wchodem, ani Zachodem. Moje oblicze to miasto bez ojczyzny.

Nie ma mojej mapy. Jestem kartograficznym stawaniem się. Na globusie dopiero zaczynam pojawiać się jako napis na wodzie, jako piana Morza Śródziemnomorskiego. To zabawne, że wiele moich ulic ma tę samą nazwę. Widocznie twórcom zabrakło fantazji i pamięci, aby nazwać moje błędne zakręty imionami z niesłychanie bogatego katalogu historii. Miejscowi ludzie ośmielili się całkowicie zapomnieć mój rysunek, ornament moich żył, mówią, że w drobnym ciele wszystko odnajduje się dzięki przeczuciu. Mówią również, że nie można we mnie zabłądzić, ponieważ zawsze trafia się na ścianę. Mam wewnętrzną ścianę, straszną strefę śmierci, którą nazywam rozgraniczeniem pomiędzy swoimi obliczami. Jestem błędną konspiratorką, ponieważ jedno moje oblicze niemal niczego nie wie o istnieniu drugiego. Ze sprytem igram swoimi twarzami, proponuję je na zmianę, buduję między nimi wątłe kładki przyjaźni, wymieniam turecką lirę na grecki funt i kupuję euro. Za nie urządzam uczty w strefie śmierci, robię ze śmierci sztukę, ze sztuki nową historię, a z nowej historii nowe zarzuty wobec rzeczywistości… To nieprawda, że nie można we mnie zabłądzić, właśnie ze względu na ściany ciągle się w sobie gubię. Zapominam o swoich ślepych uliczkach, a gdy na nie trafiam, nie ratuje mnie żadne przeczucie. Odczuwam wówczas konieczność i chęć zawrócenia – ku romantycznej, czarno-białej epoce retro, która wyjątkowo do mnie pasuje ze swoimi rytmami ruchu, kapelusikami, wachlarzami, plisowanymi sukienkami, bucikami na niskich obcasach, upajającymi schadzkami pośród jedwabistych kwiatów werandy… Wydaje mi się, że to była epoka, kiedy mnie szczerze, być może prawdziwie kochano, kiedy obdarowywałam wszystkich najbardziej erotycznymi na świecie wieczorami. Do dziś zachowałam aksamit swoich wieczorów, pielęgnuję go nadal jako radość życia, jako przeciwwagę wobec rosnącego upału południa.

Jestem najpiękniejsza, kiedy zmierzcha. Należy mnie malować, fotografować i upoetyczniać w mroku, pod najwymowniejszymi we Wszechświecie gwiazdami, pod najjaśniejszą na Ziemi pełnią księżyca. Należy rozkoszować się mną wieczorami. Gdy się ściemnia, można mnie dotknąć. Bywam wtedy otwarta i zawsze gotowa, aby otworzyć się jeszcze bardziej. Półmrok przydaje mi szczególną aurę, o myśliwi w kapeluszach, którzy przeszywacie moje zagajniki. Głęboki aksamit zmierzchu z migoczącymi światłami życia – a nie zielona linia śmierci, nie granice i nie dwa cudowne oblicza w krzyczącym słońcu południa to mój prawdziwy urok i odkrycie dla tych, którzy poszukują znaczenia pomiędzy nazwami Lefkozja, Nikozja, Lefkosa, Chora, Białe Miasto… Imiona nadawane są z przeczucia, które zawsze jest półmrokiem.

 

 

Menu